Dreszcze

Wszystkie tematy związane z The Cure.
Awatar użytkownika
beyond
Japanese Whispers
Posty: 764
Rejestracja: piątek, 7 lutego 2003, 18:19

Re: Re to była ironia?

Post autor: beyond » wtorek, 11 stycznia 2005, 10:38

Danelectro pisze:
beyond pisze:
norbert pisze:sluchaj ja mam swoje lata the cure słucham już bardzo dłufgo może dłużej od ciebie
A co to ma do rzeczy?
im więcej mam lat, tym bardziej w to nie wierzę?
No coś w tym jest, ale tu już raczej przechodizmy na szersze wody. Z wiekiem, coraz mniej wierzę. :?
Danelectro pisze:
norbert pisze: gdy smith to śpiewał przypomniał sobie ten moment jak siedzi nad kartką i pisze te słowa
...przypominał sobie, jak bawił się w gry słowne i spjał budweisera, poczym dopasowywał do melodii (względnie na odwrót)....
beyond pisze:Jaasneee, z całą pewnością. A chwilę wcześniej przypominał sobie moment w którym pisał The lovecats, a chwilę później traumatyczne chwile związane z powiedzmy z The loudest sound. Koncert trwa a Robercik tak sobie przypomina. I tak codziennie... :roll:
Co powiesz na wywiady, w których co chwila "przypomina sobie" moment, kiedy pisał lovecats (ponoć zawiany w barze grał "Arykotratów"), a w chwilę potem uprawia ekshibicjonizm emocjonalny na temat np. właśnie "The Loudest sound"?
Mhm, zapimniałaś dodać, że 90% tych historii jest tworzonych na potrzeby chłonnych redaktorków więc tym trudniej przypuszczać, że na scenie wywołują one u Smitha jakiekolwiek emocje. No chyba, że podśmiechuje się z kolejnego kitu wciągniętego przez pismaków :lol:
Danelectro pisze:
norbert pisze:Myślę, że u słuchaczy odlot powoduje raczej obiór kawałka poprzez osobistą interpretację, własne doświadczenia, przeżycia z nim związane. Oczywiście, nie twierdzę że sposób w jaki jest on zagrany/zaśpiewany nie ma żadnego wpływu na odbiór. Coś w tym pewnie też jest.
Czyli jak lubię dajmy na to "Push" i "A Letter to Elise", to automatycznie lubię ich wykonania koncertowe?:shock: A co, jak pierwszy będzie flegmatyczny, a w drugim uwali solówkę? Hę?
Będzie Ci się podobać nawet jeśli zagrałby je na czworaka przy użyciu organków Yamaha 300 :twisted: Do tego takie wykonanie przeszłoby do historii, podobnie jak jakieś tam pijackie wrzaski krążące po sieci.
Danelectro pisze:
tak częste słuchanie powoduje mniejszą koncentrację na osobistym odbiorze, a większą na technicznych szczegółach plumkania.
Zaczynasz zapominać jak było na poprzednich koncertach, a wrażenia się nie sumują? A może jest tak, że w nadmiarze zarzucasz koncentrowanie się na równości werbla Coopera i tremolo Smitha, a liczyć zaczyna się.... hm.... trywialnie ujmując, tu i teraz? .
W dłuższej perspektywie czasu pewnie zapominasz, ale dajmy na to w przeciągu roku (czyli czas trasy) raczej pamiętasz i porównujesz. 'A tu troche dłużej wyciągnąl', 'Ooo, Roger klepnął klawisza aż zapiszczało :twisted: ', itp.
Danelectro pisze: No i -dlaczego wszyscy są święcie przekonani, że kawałki, jakich słuchają z taśmy są całe katharsis i odkupieniem? Że jak Smith jęczy coś o krwawiącym sercu, to naprawdę zaraz odwożą go na kliniczną?
.
Joł. Ale czego by nie czuł pisząc, uprę się że te emocje są nie do odtworzenia na scenie.
drimm pisze: czy tak generalnie i postawowo - nie o to wlasnie w tym calym the cure chodzi, zeby bylo na tyle przekonujace, szczere i bezpretensjonalne, zeby sluchacze tak uwazali?.
Joł. Jak już przyplułem wcześniej. Na sobie się skupmy, Robercika zostawmy spokoju.
Sing while you may
though it's hard to sing underwater.

Awatar użytkownika
Zajin
Japanese Whispers
Posty: 646
Rejestracja: poniedziałek, 12 stycznia 2004, 23:25
Numer gadu-gadu: 0
Lokalizacja: 3m/krk
Kontakt:

Re: Re to była ironia?

Post autor: Zajin » wtorek, 11 stycznia 2005, 15:50

Danelectro pisze: Czy ktoś ma wątpliwości, że Rob lubi się zgrywać? Że to, co tworzy wynika tylko pośrednio z takich czy innych przymiotów? Chyba trzeba się oduczyć takiej automatycznej konotacji - jak x. (a zwłaszcza s.) coś śpiewa, to zaraz przypisuje się to do jego żywota i dyskutuje pod kątem jakichś tam zasłyszanych strzępów o jego życiu prywatnym. Że ten fragment to o jego żonie (oczywiście, po imieniu, jakby przed chwilą było się u niej na herbatce), że tam o jakiejśtam innej z którą to podobno.... nie no, to nawet śmieszne nie jest.

No to by własnie było smieszne, bo podejrzewałabym pana RS o gigantyczny prywatny harem zamiast jedej żony i przeżywanie z tymże haremem setek tragedii miłosnych. Nawet jak z całego forum zbierzemy nasze, to i tak on wygra. 8)
into the swirl of their senselessness
cosy emptiness

Awatar użytkownika
Danelectro
Pornography
Posty: 562
Rejestracja: czwartek, 26 sierpnia 2004, 03:55

Post autor: Danelectro » wtorek, 11 stycznia 2005, 16:50

:Lol:
Ale się porobiło - to znaczy, wy porobiliście :twisted: Lepsi, wrażliwsi, kłócą się, czy smith przeżywa po sto razy to samo..... twisted, a co

Drimm, TC to dla mnie jedno z najbardziej szczerych wystąpień w rocku. Nie będę tłumaczyć, dlaczego, bo część próbowałam i się nie przyjęło. W przypadku Smitha nie stosuję tej samej "miary szczerości" jak do Strummera czy Ramonesów.

A fani... Czy nie jest właśnie tak, żę ludzie dzielą kawałki na "mroczne czyli szczere" i "wesołe czyli stek kłamstw"? nic do ludzi, ale jakbym miałą oglądać oznaki fanatyzmu wobec siebie i same bzdury na własny temat, raczej straciłabym zapał... Najlepsze są te FAQ-i - "który kawałek Cure jest o tobie, co?" hasła typu "Robert Smith czuje to, co my".

Nie wiem, jak to jest z tym, co pisze Beyond, bo trudno jest w momencie dosłownego zalania muzyką TC w krótkim czasie odnosić ją do jakichś własnych przeżyć. Co do pisania piosenek... w emocje na koncertach wierzę bardziej niż w emocje podczas nagrania. Kwestia tego, o czym mówił rs - że piosenka zaczyna żyć własnym życiem i staje się coraz prawdziwsza z każdym jej wykonaniem - TO są rzeczy, które świadczą o "szczerości". To jest dokładnie jak z teatrem - jak będziesz się wczuwał za każdym razem - zwariujesz, jak nie będziesz wcale - będziesz średni.

I będę się bronić - piosenek nie piszę się i nie nagrywa w 5 minut, a wykonawca nie pada w drgawkach z pianą na ustach. NIGDY.
Zły gotyk boli przez całe życie

Awatar użytkownika
Rav
The Head On The Door
Posty: 1080
Rejestracja: wtorek, 2 grudnia 2003, 21:36
Numer gadu-gadu: 0
Lokalizacja: WARSZAWA
Kontakt:

Post autor: Rav » wtorek, 11 stycznia 2005, 17:13

Wczoraj pierwszy raz od m-ca słuchałem Disintegration i dostałem dreszczy przy Prayers for rain...przypomniałem sobie, jaka to piękna i ważna dla mnie płyta...
DM TOUR 2013: Monachium, Budapeszt, Zagrzeb, Bratysława, Berlin, Paryż, Warszawa

Awatar użytkownika
frankenstein
Concert - The Cure Live
Posty: 1394
Rejestracja: piątek, 24 maja 2002, 09:45
Numer gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Warszawa - miasto zmartwychwstałe

Post autor: frankenstein » wtorek, 11 stycznia 2005, 23:45

To w ogóle bardzo ciekawa dyskusja.
Mój krytyczny przecież umysł nieraz podawał w wątpliwość tezę o co-wieczornym, wciąż powtarzanym podczas trasy koncertowej męczeństwie osobnika stojacego przy mikrofonie. Duża część fenomenu The Cure to te właśnie wpadające w pamięć koncerty.

Robert często powtarza, że przed występami przypomina zespołowi, że mają zagrać tak, jakby to był ostatni koncert ich życia, że mają dać z siebie wszystko. I może właśnie on jest tym, który najbardziej w to wierzy - reszta po prostu robi swoje, a on się "wczuwa". Zawsze mówię, że najważniejszą cechą Roberta Smitha wyrózniającą go na tle reszty sceny rockowej jest wiarygodność. I nie jest to tylko mój subiektywny pogląd, bo przecież i z Waszych wypowiedzi wynika coś podobnego. W moim przypadku sprawa polega na tym, że ja po prostu mu wierzę. Nie wiem, jak on tego dokonuje, ale tak jest. A przecież nie jestem jakimś rozchwianym emocjonalnie nastolatkiem, który boi się pająków tylko dlatego, że Rob niby się ich boi. Smith z jednej strony to jest niezły cwaniak (brawo górek w innym wątku! :) ), dużo pracy wkłada też w marketingową otoczkę wokół The Cure, ale z drugiej strony wydaje mi się, że najważniejsze dla niego jest to, żeby ze sceny zejść "troszkę" spustoszonym, jakoś oczyszczonym, maksymalnie "wydartym" i z bolącym gardłem. Cała ta zabawa "w zespół" ma na celu właśnie uzyskiwanie takich katarktycznych momentów, gdy schodzi się ze sceny, a na widowni parę tysięcy ludzi drze się ze szczęścia i chce więcej (spójrzcie tylko na niego, jak się oblizuje po "The Kiss" na "Trilogy"...). Przypomina mi się jeszcze jego wypowiedź, że jego pomysł na bycie na scenie polega na "afirmowaniu siebie". Wydaje mi się, że on naprawdę w ten sposób walczy o zachowanie młodości... Jeżeli mu się jeszcze chce, to tylko przyklasnąć, bo być może tylko dlatego - mimo mojego "podeszłego" wieku ;) - wciąż faceta uwielbiam słuchać.
Dla mnie wszyscy ludzie wyglądają tak samo.
Ray Charles

Awatar użytkownika
norbert
Three Imaginary Boys
Posty: 107
Rejestracja: sobota, 8 stycznia 2005, 04:00
Numer gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: norbert » środa, 12 stycznia 2005, 00:24

ŚWIETNA MYŚL!!!!!!!!!!!!!!! :wink:

Awatar użytkownika
CureMar
Concert - The Cure Live
Posty: 1260
Rejestracja: niedziela, 26 maja 2002, 21:49
Numer gadu-gadu: 5308708
Lokalizacja: Gdańsk / Underneath the Stars
Kontakt:

Re: Re to była ironia?

Post autor: CureMar » środa, 12 stycznia 2005, 09:50

beyond pisze:
Danelectro pisze: No i -dlaczego wszyscy są święcie przekonani, że kawałki, jakich słuchają z taśmy są całe katharsis i odkupieniem? Że jak Smith jęczy coś o krwawiącym sercu, to naprawdę zaraz odwożą go na kliniczną?
.
Joł. Ale czego by nie czuł pisząc, uprę się że te emocje są nie do odtworzenia na scenie.
A wykonanie "Faith" po tragedii na placu Tienanmen?? Śmiem twierdzić, że wówczas emocje zostały nie tylko odtworzone, ale nawet spotęgowane.
"Ten pijak, który mruczy coś przez sen,
Że póki my żyjemy, Ona żyje też..."

Awatar użytkownika
s'the figurehead
Disintegration
Posty: 2071
Rejestracja: niedziela, 23 maja 2004, 12:32
Numer gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Bóg wie gdzie...

Re: DALEJ NO DALEJ NORBERT rzecze

Post autor: s'the figurehead » czwartek, 13 stycznia 2005, 01:16

norbert pisze:Tak na marginesie przypomniałem sobie co gdzieś czytałem kiedyś jak to nagrywana była przez niektórych uważana za kultową płytę "PORNOGRAPHY". mówił pan robert tak... "niedaleko studia był taki no wiecie pub jak znudziło nam się granie szliśmy tam na piwo wypijaliśmy kilka,po czym w stanie mocno wskazującym ktoś rzucał: to teraz nagramy cold!... :wink:






ps.podobno tak było... to tak jakbym zranił jakiegoś fanatyka
A myślałem, że nagrywali ten kawalek w męczarniach, boleściach i ze strasznym przeświadczeniem, że już nigdy nie wzejdzie słońce.Hmm... :roll:

Awatar użytkownika
beyond
Japanese Whispers
Posty: 764
Rejestracja: piątek, 7 lutego 2003, 18:19

Re: Re to była ironia?

Post autor: beyond » piątek, 14 stycznia 2005, 18:59

CureMar pisze:
beyond pisze:
Danelectro pisze: No i -dlaczego wszyscy są święcie przekonani, że kawałki, jakich słuchają z taśmy są całe katharsis i odkupieniem? Że jak Smith jęczy coś o krwawiącym sercu, to naprawdę zaraz odwożą go na kliniczną?
.
Joł. Ale czego by nie czuł pisząc, uprę się że te emocje są nie do odtworzenia na scenie.
A wykonanie "Faith" po tragedii na placu Tienanmen?? Śmiem twierdzić, że wówczas emocje zostały nie tylko odtworzone, ale nawet spotęgowane.
Tak. Ale to już nie był koncert. To było wystąpienie polityczne :twisted:
Danelectro pisze: Nie wiem, jak to jest z tym, co pisze Beyond, bo trudno jest w momencie dosłownego zalania muzyką TC w krótkim czasie odnosić ją do jakichś własnych przeżyć.
Żeby to było jasne. Nie twierdzę, że podczas koncertu zbiera mi się na wspominanie łąki po której pląsałem, zbierałem kwiatki czy łapałem motylki kiedyś tam, czy inne takie :lol: Chodzi o to, że pewne pieśni uderzają w głęboko ukrytą strunę a wtedy wokół staje mur, liczy się jedynie sunący dźwięk i własne rozedrgane wnętrze. A szczegóły wykonania? Stosunek wokalisty? Plumkanie Rogera? Pieprzyć.
s'the figurehead pisze: A myślałem, że nagrywali ten kawalek w męczarniach, boleściach i ze strasznym przeświadczeniem, że już nigdy nie wzejdzie słońce.Hmm... .
Dobra, powtarzalność na trasie powtarzalnością. Zalewanie głupich fanów dramatycznymi historiami które miały być asumptem do nagrywania kolejnych dołujących numerów zalewaniem, ale nie uwierzę, że okresie nagrywania Pornography czy Faith, the cure było zlepkiem zadowolonych z życia, naładowanych pozytywną energią szczeniaków...brytyjska wersją dzieciaków z Berverly Hills 90231? Tu już bardziej pasowałoby Radiohead - oni przynajmniej z tzw. dobrych domów pochodzili. Naiwniak ze mnie?
Sing while you may
though it's hard to sing underwater.

Awatar użytkownika
Danelectro
Pornography
Posty: 562
Rejestracja: czwartek, 26 sierpnia 2004, 03:55

Re: Re to była ironia?

Post autor: Danelectro » piątek, 14 stycznia 2005, 19:45

beyond pisze:Chodzi o to, że pewne pieśni uderzają w głęboko ukrytą strunę a wtedy wokół staje mur, liczy się jedynie sunący dźwięk i własne rozedrgane wnętrze. A szczegóły wykonania? Stosunek wokalisty? Plumkanie Rogera? Pieprzyć.

Ta jest. Żeby było śmieszniej, ta metoda koniec końców wychodzi na najbardziej obiektywną. Ale w końcu każdy chciałby wiedzieć, czy sobie z niego jaj nie robią.
Dobra, powtarzalność na trasie powtarzalnością. Zalewanie głupich fanów dramatycznymi historiami które miały być asumptem do nagrywania kolejnych dołujących numerów zalewaniem, ale nie uwierzę, że okresie nagrywania Pornography czy Faith, the cure było zlepkiem zadowolonych z życia, naładowanych pozytywną energią szczeniaków...brytyjska wersją dzieciaków z Berverly Hills 90231? Tu już bardziej pasowałoby Radiohead - oni przynajmniej z tzw. dobrych domów pochodzili. Naiwniak ze mnie?
Czemu od razu Beverly? Bob głupi nie jest; ) A dramatyczne historie (era The Top rulez) powodowane nadczynnością ośrodka kreacji uwielbiam. Może on sam w nie po trochu wierzy; )
Zły gotyk boli przez całe życie

karolina117
Easy Cure
Posty: 29
Rejestracja: czwartek, 21 października 2004, 13:56

Post autor: karolina117 » piątek, 14 stycznia 2005, 20:40

przytoczenie tutaj wystepu na triogy i wykonania the kiss jest moim zdaniem strasznie trafne. kiedy zobaczylam jak robet to wykonuje to jeszce nawet nie znalma tego utworu ale od razu powalila mnie ta szcerosc i ppooswiecenie jak zeszli pozniej ze sceny to przez chwile dochodilam do siebie. nie jestem pewna ale robert chyba po tej piosence mowi "o fuck" i tak fajnie sie usmiecha. po prostu dal z siebie wszystko :)

Awatar użytkownika
beyond
Japanese Whispers
Posty: 764
Rejestracja: piątek, 7 lutego 2003, 18:19

Post autor: beyond » sobota, 15 stycznia 2005, 11:09

karolina117 pisze: pewna ale robert chyba po tej piosence mowi "o fuck" i tak fajnie sie usmiecha. po prostu dal z siebie wszystko :)
to się nazywa socjotechnika :twisted: Tu się uśmiechnie, tam potknie, zaplącze a na koniec puści bąka i tłumy za nim walą...
Sing while you may
though it's hard to sing underwater.

Awatar użytkownika
Zajin
Japanese Whispers
Posty: 646
Rejestracja: poniedziałek, 12 stycznia 2004, 23:25
Numer gadu-gadu: 0
Lokalizacja: 3m/krk
Kontakt:

Post autor: Zajin » sobota, 15 stycznia 2005, 12:55

Ej, cynik! :twisted: Pomijając fakt zaangazowania badz niezaangażowania emocjonalnego w wykonanie i tak twierdzimy, ze utwory same w sobie moga nas porwać (dupa z wykonawcą),
beyond pisze:Chodzi o to, że pewne pieśni uderzają w głęboko ukrytą strunę a wtedy wokół staje mur, liczy się jedynie sunący dźwięk i własne rozedrgane wnętrze. A szczegóły wykonania? Stosunek wokalisty? Plumkanie Rogera? Pieprzyć.

to dlaczego nie możesz załozyc, ze czasem muzyka może POCHŁONĄĆ śpiewajacego? A? A?
into the swirl of their senselessness
cosy emptiness

Awatar użytkownika
beyond
Japanese Whispers
Posty: 764
Rejestracja: piątek, 7 lutego 2003, 18:19

Post autor: beyond » wtorek, 26 kwietnia 2005, 13:02

Dobra, zarżnąłem temat :wall: - spróbuję naprawić.

Ostatnio wyjątkowo trafia do mnie ta powiedzmy bardziej psychodeliczna strona kjurczaków. Nurzam się w Hello I love you, a przede wszystkim w Fear of ghosts..

Może nie do końca wywołują dreszcze ale na pewno wtłaczają w niezwykły stan..Ktoś ma podobnie :?:
Sing while you may
though it's hard to sing underwater.

Awatar użytkownika
Nevyn
Disintegration
Posty: 2046
Rejestracja: czwartek, 23 maja 2002, 07:20
Numer gadu-gadu: 2339800
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Post autor: Nevyn » wtorek, 26 kwietnia 2005, 13:06

beyond pisze: Może nie do końca wywołują dreszcze ale na pewno wtłaczają w niezwykły stan..Ktoś ma podobnie :?:
To drugie to na pewno jeden z najlepszych utworow stworzonych przez Kjura.....
chociaz w niezwykly stan to mnie raczej wprowadzaja COF, Snow in summer, This Twilight garden i The Big hand.....
Have a Cure day :)

ODPOWIEDZ